Blog – wpis #6

Późną jesienią sezon  został zamknięty. Za nami została  „orka na ugorze”. Nie wracałam za często myślami co i jak będę robić na działce. Wychodziłam z założenia, że skoro zostało dość sporo zrobione to i jakoś tam będzie. No ale… Nie cierpię, aby było „jakoś”.  Zdecydowanie wolę  „jakość”.

Przyszła wiosna.Taka inna, bo niosąca w sobie jakieś oczekiwanie, niecierpliwość. Tamta wiosna to moje zdumienie…

Nie wiedziałam o co chodzi! Nie rozróżniałam tych wychodzących z ziemi „zielonych wąsów”. Co zostawić, co wyrzucić.

No bo skąd niby miałam wiedzieć? Do tej pory nie interesowałam się tymi sprawami. Grzebanie w ziemi wywoływało we mnie – delikatnie mówiąc – niechęć. I nie daj Bóg natknąć się jeszcze na jakąś dżdżownicę! Trochę czasu minęło zanim się z nimi „zaprzyjaźniłam”. Ale na początki masakra! Dziki wrzask!

Błędów jakie robiłam (teraz także je robię, a jakże!) był ogrom, ale mimo wszystko, jakaś intuicja a może resztki wspomnień podpowiadały mi jak się w tym nie pogubić. Z każdym dniem było lepiej.

Zakwitły pierwsze hiacynty i żonkile. Tulipany i szafirki też bardzo chciały pokazać że są… Roślin które pozostały, a były sadzone jeszcze przez Mamę okazało się, że  jest całkiem sporo. Piwonie, trochę liliowców i kępy irysów syberyjskich! Takie wszystko biedne, porozrzucane w różne zakamarki, zapomniane, ale  zaczynało żyć. Kilka ledwo zipiących iglaków i róż też nadawało się do reanimacji.

Pierwsze wiosenne poruszenie. Ogród zaczynał pokazywać się w nowej, nieznanej mi odsłonie…

No i konkretna robota! Na ogrodzie(!) już zaczynało się naprawdę dziać!

Nowa  siatka ogrodzeniowa i nowe słupki pomalowane na niebiesko to już było coś! A że część działki ciągle leżała odłogiem? No cóż! Przynajmniej psina miała tam jeszcze używanie.

CDN…

Dodaj komentarz